11 kwietnia 2016

Pusta butelka

Jak wszyscy to i ja, a co! Oto praca, którą wysłałam w ramach konkursu na Świat Blogów Narutomania. Nie, nie zajęła żadnego miejsca, ale w sumie to się tego spodziewałam. XD Nie pisało mi się jej dobrze, pewnie ze względu na to, że miałam z góry narzucony temat, który w dodatku trochę nie trafił w mój gust, no ale o to w tym konkursie chodziło. Fajne sprawdzenie się — pisanie czegoś, czego się nie czuje oraz pod presją czasu. :p Pewnie zgłoszę się jeszcze do niejednego konkursu, mimo wszystko ciekawe doświadczenie.
Zapraszam Was na partówkę, której tytuł wyjątkowo odbiega od konwencji tego bloga. ;)


Pusta butelka

Byłam pijana w sztok. Przerażona w cholerę. Roztrzęsiona jak osika. Zapłakana jak kretynka. A mimo to nigdy nie czułam się pewniej. Wiedziałam, że podjęłam odpowiednią decyzję, a te cholerne łzy i targające mną emocje, tylko mnie w tym utwierdzały. Długo się łudziłam, że coś mi się poprzestawiało w tej durnej głowie, że mi odbiło, że to wojna tak na mnie wpłynęła, że to chwilowe, nie na zawsze, głupie i nierozważne, ale wcale takie nie było. To nie wojna przekonała mnie do tego czynu — planowałam to od dwóch lat. To nie było chwilowe — pogłębiało się z każdym dniem. A ostatnio przekonałam się również, że będzie na zawsze. I wcale nie takie głupie i nierozważne, skoro trwanie w tym bezsensownym stanie tylko wpędzało mnie w mini-depresje.
Zdecydowałam: rezygnuję z bycia ninja.
Odchyliłam głowę, wlewając do gardła kolejny kieliszek sake, któryś-z-kolei, nie wiem który, ale odurzający na tyle, że z mojej głowy powstała karuzela, bańka, która tańczyła w powietrzu. Wszystko wokół się kołysało. Miałam zamroczony alkoholem umysł, dzięki czemu potrafiłam cieszyć się ze swojej decyzji. Chciałam skakać ze szczęścia — w końcu uwolniłam się od tego gówna! — ale moje nogi odmawiały posłuszeństwa. Były ciężarem, jakby mięśnie zamieniły się w ołów, a w żyłach nie płynęła krew, tylko jakaś niewiarygodnie ciężka ciecz, coś, czego nie byłam w stanie unieść. Podobnie było z moją głową; jak tylko przyłożyłam ją do blatu baru, tak nie mogłam już jej podnieść.
I wtedy usłyszałam ten śmiech. Przebił się przez powietrze, śmiechy obcych ludzi, melodię rockowej piosenki, stukanie szklanek, szuranie krzesłami, kichanie barmana, krzyki mojego mózgu, który jeździł na karuzeli, tak, jak ja nieraz przebijałam się kunaiem przez ciało wroga. Dotarł do mnie z prędkością światła, nieprzyjemnie wrzynając się w uszczęśliwiony umysł, przez co moje usta odruchowo się wykrzywiły. To nie tak, że jej nie lubiłam. Wręcz przeciwnie —  byłyśmy przyjaciółkami. Ale reagowałam tak dla jakiejś durnej zasady. I tylko wtedy, kiedy byłam pijana.
Chyba wciąż miałam ją za rywalkę. A to było dość śmieszne, bo skończyłyśmy walczyć wraz z ucieczką Sasuke z wioski. Przestałyśmy kłócić się o tego imbecyla, który ostatecznie i tak wybrał ją, skazując mnie na miłość Saia, którego kochałam bezgranicznie, któremu chciałam urodzić dzieci i razem z nim się zestarzeć. Ale czułam też zawód, że Uchiha wybrał pannę-wielkie-czoło, pannę-różowe-pedalskie-włosy, pannę-w-dupie-mi-się-poprzewracało-bo- mogę-zmiażdżyć-cię-kiwnięciem-palca. I to dosłownie. Bałam się jej pięści jak cholera, ale nigdy nie dałam tego po sobie poznać. No i zawsze unikałam walki z nią, żeby nie narazić się na pogruchotanie kości. To nie mogło należeć do przyjemnych, a ja mimo wszystko byłam wygodna i wolałam walczyć na odległość, unikając obrażeń. Czy byłam tchórzem? Może. Ale miałam też głowę na karku i nie zamierzałam podstawiać się Haruno, obecnie eks-Haruno, kiedy nie było takiej potrzeby. Poza tym już nie byłyśmy rywalkami.
Ale fajnie byłoby znowu powalczyć. Poczuć ten dreszcz. Te emocje. Tę cholerną zawiść. Pragnienie zwycięstwa. To by było coś.
Uniosłam głowę, choć bestia była wyjątkowo ciężka, i rozejrzałam się za różowymi włosami. Wpadły mi w oczy dość szybko; Sakura w obecności swojego męża stała przy drugim końcu baru, najwyraźniej nie zauważając zwłok swojej przyjaciółki, rozkładających się na blacie. Poza tym zasłaniał mnie jakiś rosły osiłek, pijany równie mocno, co ja. Ledwo trzymał się na wysokim krześle.
Postanowiłam podejść do rodziny Uchiha, zapytać uroczo, co tutaj porabiają i zażartować do Sakury, jak udało jej się wyciągnąć Sasuke z mieszkania. Ale zanim to zrobiłam, moje nogi się zaplątały a ja poleciałam do przodu, nie asekurując się nawet przed upadkiem. Alkohol zniósł wszystkie odruchy obronne.
Zaczęłam śmiać się cicho, podczas gdy jakiś facet podszedł do mnie i zapytał, czy wszystko w porządku. Wstałam z jego pomocą, przyciągając tym samym spojrzenia znajdujących się wokół osób, w tym małżeństwa Uchiha. Rzuciłam na nich wzrokiem; zmierzali w moim kierunku. Kurwa.
Uciekać czy nie? Uciekać czy nie? Uciekać czy…
— Ino? Co ty wyprawiasz?
— Kurwa! — wymsknęło mi się. — Nawet nie zdążyłam zadecydować!
— O czym? Jesteś pijana?
Sakura matkowała. Zawsze była niby-rozsądna, ale przy Sasuke już całkiem zdurniała. Zachowywała się jakby miała pięćdziesiąt lat, a nie dwadzieścia dwa. Nie lubiłam w niej tej przesadzonej odpowiedzialności.
— O niczym — burknęłam, puszczając podtrzymującego mnie chłopaka. Uwiesiłam się ramienia Sasuke, który jak zwykle otaksował mnie przemiło chłodząco-uspokajającym spojrzeniem, jakbym była jakąś naprutą kretynką.
W rzeczywistości nią byłam, ale nie chciałam, żeby małżeństwo Uchiha o tym wiedziało.
— Ino. — Na wszystkich bogów, jak ja uwielbiałam ten niski, lekko zachrypły głos, który zapewne wypowiadał niegrzeczne słówka w sypialni mojej przyjaciółko-rywalki! Oddałabym wszystko, żeby Sai miał taką barwę, wszystko! — Co ty robisz?
— O co ci chodzi, Uchiha? — prychnęłam, puszczając go. Zachwiałam się niebezpiecznie do tyłu, ale Sasuke o dziwo przyszedł mi z pomocą. Mocno złapał mnie za rękę i na powrót do siebie przyciągnął, żebym nie robiła im obciachu.
— Ino, idiotko! — Sakura chwyciła mnie z drugiej strony i razem ze swoim mężem, zaczęła prowadzić do wyjścia z baru. — Po cholerę tak się upiłaś? W dodatku sama!
— Bo mogę — odpowiedziałam, szczerząc się jak idiotka. Ta odpowiedź napawała mnie dumą. Tak. Byłam dumna, że wymyśliłam coś tak błyskotliwego. — Nie zabronisz mi tego, Sakuro — dodałam, umacniając tym samym swoją pozycję.
Zauważyłam, że dziewczyna rzuca swojemu mężowi spojrzenie nad moją lekko pochyloną głową i nie powiem, mocno się wkurzyłam. Wyrwałam się więc z ich ramion i stanęłam na wyprostowanych, szeroko rozstawionych nogach, dla utrzymania równowagi, po czym wymierzyłam w przyjaciółkę palcem.
— O co ci chodzi, co? — warknęłam. — To już nawet napić się nie można? Ile ty masz lat, żeby mi bronić?
— Tu nie o wiek chodzi, ale o godność, Ino — wtrącił Sasuke, jak zwykle czarując mnie swoim lodowatym tonem. Odwróciłam do niego głowę i prychnęłam, czując jednocześnie, że niechcący się poplułam.
— Nic ci do mojej godności, Uchiha — syknęłam, odrzucając długie włosy do tyłu i prostując się. — Odwalcie się.
— Ino, nie bądź dziecinna — jęknęła Sakura, łapiąc mnie pod ramię. Wyrwałam jej się i nieco zachwiałam, ale za pomocą rozłożonych szeroko rąk udało mi się odzyskać równowagę. — Nie wariuj.
— Nie wariuję. To wy robicie mi niepotrzebne sceny — odpowiedziałam, coraz bardziej zdenerwowana. Protekcjonalny ton eks-Haruno irytował mnie jak nigdy. Być może była to kwestia alkoholu, a być może obecności jej męża, który niegdyś miał dzielić małżeńskie pożycie ze mną. Nie wiem. Ale po prostu mnie wkurzała. — Przepraszam, ale chcę wrócić do domu. Czy możecie mnie puścić?
— Daj jej spokój, Sakura — Sasuke znów odezwał się tym swoim obrzydliwie zimnym tonem głosu. Chciałam zmiażdżyć go spojrzeniem, kiedy on kompletnie mnie zignorował. — Nie chce pomocy, to niech radzi sobie sama.
— I słusznie — wtrąciłam, klepiąc znajomego po ramieniu. Otaksował mnie morderczym wzrokiem, jednak tym razem to ja go olałam, po czym ruszyłam do wyjścia z pubu. — Ale zaraz. Przecież ja nigdzie nie wychodzę — powiedziałam, uświadamiając sobie, że w gruncie rzeczy rzeczywiście wolałam zostać na miejscu i wypić jeszcze trochę. — To wy się napatoczyliście i zmuszacie mnie do powrotu do domu, a ja nie chcę.
— Ino…
— Sakura. — Zdecydowanie to Sasuke dominował w tym związku. Zresztą nie spodziewałam się nawet, że będzie inaczej. Kiedy jednak zobaczyłam, jak moja przyjaciółka truchleje pod wpływem ostrego tonu swojego męża, wezbrała we mnie złość. Sama nienawidziłam, gdy Sai próbował mną rządzić, dlatego odruchowo wcieliłam się w rolę obrońcy uciśnionych, tym bardziej, że panna-wielkie-czoło nie potrafiła postawić się swojemu ukochanemu. Musiałam jej pomóc, choć akurat dzisiaj było to ostatnie, na co miałam ochotę.
— Dajżesz jej spokój, Uchiha. Zawsze musisz za wszystkich decydować? — wycharczałam. Nie wiedzieć czemu, zaschło mi w gardle. Nie chciałam wierzyć, że to sprawka pana-mrocznego, ale chyba właśnie tak było. Miałam wobec niego jakąś pieprzoną rezerwę, przez co nie potrafiłam wykrzyczeć prosto w jego przystojnie-zakichaną twarz, co czuję.
— Ino, przestań. Jesteś pijana.
— Nie na tyle, żeby nie widzieć, co tu się dzieje — warknęłam, mając jednocześnie wrażenie, że alkohol magicznym sposobem opuszcza moje żyły. — Ale to twój wybór, Sakura. Bawcie się dobrze — dodałam jeszcze, kierując się do wyjścia.
Fakt, w dalszym ciągu się chwiałam, ale wróciła do mnie trzeźwość myślenia i przekonanie, że nie chcę mieć z rodziną Uchiha nic wspólnego. A w każdym razie nie, kiedy małżeństwo znajdowało się razem.
Nie trawiłam Sasuke. Nie akceptowałam jego związku z Sakurą ani tego, co z nią zrobił. Cień człowieka. Nic więcej. Już nie była moją radosną Sakurą, z którą mogłam o wszystkim poplotkować. Stała się zimną panną-wielkie-czoło, wyuczoną formułek, którymi należało się zwracać. Co gorsza, używała ich nawet wobec mnie. A to sprawiało, że zalewała mnie krew ze wściekłości.
Czy powinnam jej zazdrościć? Zdecydowanie nie.
A jak było w rzeczywistości?
Zimne powietrze przyjemnie otuliło moje policzki. Odetchnęłam pełną piersią, czując, że zostawiłam w pubie jakiś ciężar, którym najprawdopodobniej była moja eks przyjaciółka i jej zakichany mężulek. Z drugiej strony jednak odnosiłam wrażenie, że sprzed nosa czmychnęła mi szansa na rewanż, choć nawet nie wiedziałam za co. Po prostu chciałam z nią walczyć i udowodnić nie tylko jej ani sobie, ale wszystkim wokół, że choć ona wygrała Uchihę, ja byłam od niej zdolniejsza, silniejsza, zwyczajnie lepsza. Chciałam przekonać samą siebie, że przegranie w miłosnych zawodach wcale nie czyniło mnie gorszej. I zawalczyć ten ostatni pieprzony raz, poczuć adrenalinę, strach, złość, jakiekolwiek emocje związane z walką.
Stanęłam przy ścianie niewielkiego budynku, żeby na spokojnie i na tyle trzeźwo, na ile w tym momencie byłam w stanie, przemyśleć sytuację. Musiałam być pewna, że aktualnie jestem na tyle silna, żeby ją pokonać i pokazać, że to ja tutaj rządzę. Może sobie mieć Sasuke na wyłączność, ale to JA byłam silna i to JA trwałam w szczęśliwym związku.
— Przecież nie o związki ci chodzi, no kurwa — jęknęłam sama do siebie, uświadomiwszy sobie, że przez cały ten czas narzekałam na wybór Uchihy. — Nie o to, nie o to.
Podniosłam się i upewniłam, że zawroty głowy ustały. Przestałam się chwiać, jakby motywacja sprawiła, że cały alkohol wyparował z moich żył i mnie ocuciła. Nie powiem, byłam zadowolona z takiego obrotu spraw, ale też nie ufałam swojemu organizmowi na tyle, żeby czym prędzej podbiec do Sakury i zaproponować jej walkę. Musiałam ją najpierw upić, żeby było sprawiedliwie.
Wróciłam się do pubu. Małżeństwo siedziało przy jednym ze stolików. Moja przyjaciółka była wyraźnie zmartwiona; tłumaczyła coś Sasuke, który jak zwykle intensywnie wpatrywał się w jeden punkt i wyglądał na niezainteresowanego jej osobą, ale w gruncie rzeczy dokładnie wysłuchiwał, co ma mu do powiedzenia. Może i był bezczelny, ale to akurat Sakura zaskarbiła sobie jego sympatię i to jej zaufał.
Podeszłam do nich pewnym krokiem i usiadłam na krześle obok panny-wielkie-czoło. Zerknęła na mnie z niedowierzaniem, natomiast jej mąż wyraźnie się zirytował. Zmarszczył gniewnie brzmi i poprawił się na siedzeniu, ale zignorowałam to i wbiłam spojrzenie w różowowłosą.
— Ino — wydukała z siebie, jakby zobaczyła ducha. — Co ty tu jeszcze robisz?
— Skoro już tu jestem — odparłam, uśmiechając się słodko — i wy tu jesteście — dodałam, spoglądając z niechęcią na Sasuke — to pomyślałam, że możemy się razem napić. Czemu nie?
Sakura popatrzyła niepewnie na męża, który miał zdecydować za nią, czy mogę z nimi posiedzieć. Co za cholerny dupek!
— No przestańcie tak się na siebie gapić i napijcie się z kumpelą. Czy to dla was taki problem? — prychnęłam, próbując wzbudzić w nich poczucie winy.
— Nie no, skąd, Ino — odparła szybko Sakura. — Tylko myślałam, że Sasuke chce…
— Czy ty masz jakiś problem? — wciął się jej w słowo brunet. Zmrużyłam oczy, próbując odgadnąć, co miał na myśli. — Chcesz porozmawiać z Sakurą? Jeśli tak, zostawię was. Nie mam zamiaru mieszać się w babskie sprawy.
Bingo! To był ten moment! Mogłam to wykorzystać do spławienia Uchihy i schlania jego ukochanej żonki.
— Właściwie to… — Zrobiłam teatralną przerwę, zagryzłam wargi i wbiłam wzrok w ścianę, jakby mówienie o tym przychodziło mi z trudnością. — Nie chciałam wam przeszkadzać, ale też wiem, jak ciężko wyciągnąć Sakurę z domu. A chciałam z tobą pogadać — zwróciłam się bezpośrednio do przyjaciółki. Na jej twarzy odmalowało się zmartwienie. Połknęła haczyk. — Właściwie to nic takiego, ale od dłuższego czasu mnie gryzie, a wiesz, jaki jest Sai. Czasem ciężko się z nim rozmawia, no i…
— Wrócisz sama do domu? — spytał Sasuke, widząc, jak motam się we własnych słowach. Sakura skinęła głową i chyba oczekiwała jakiegoś pocałunku, podczas gdy jej mąż zwyczajnie wstał z krzesła, rzucił na stół pieniądze — specjalnie większą ilość, jakby spodziewał się, że trochę tu posiedzimy — po czym po prostu wyszedł.
— Co się dzieje? — spytała natychmiastowo Sakura, odprowadzając męża spojrzeniem dopóki ten nie zniknął za drzwiami. — Ino?
— To naprawdę nic szczególnego — mruknęłam, zerkając na bar. — Pójdę nam zamówić coś mocniejszego.
— Nie powinnaś już pić.
Machnęłam na nią ręką i po chwili wróciłam do stolika z tokkuri wypełnionym sake oraz dwiema czarkami.
— Chciałam wykorzystać to, że już wypełzłaś ze swojej nory i, przyznam szczerze, wreszcie pozbyć się Uchihy. Kiedy my ostatni raz byłyśmy gdzieś same? — spytałam, nalewając alkoholu do naczyń. Umyślnie nalałam jej ciut więcej, czego nie zauważyła, bo skupiła się na zabijaniu mnie spojrzeniem. — Pij — rozkazałam, podnosząc swoją czarkę, wypełnioną tylko do połowy. — Za nasze zdrowie!
— Jesteś wstrętna — syknęła i wychyliła napój. Wzdrygnęła się; nigdy nie lubiła mocnego alkoholu i miała do tego słabą głowę. Mogłam ją upić raptem paroma kolejkami.
— Po prostu chcę poczuć się jak dawniej — wyznałam. — I rzeczywiście mam ci coś do powiedzenia, ale to później. Póki co nie psujmy sobie humorów.
— Coś z Saiem? — spytała od razu, a ja jedynie pokręciłam głową.
— Z nim wszystko w porządku. Jest teraz na misji i trochę za nim tęsknię, ale do przeżycia. Chodzi o mnie. Ale — wystawiłam przed siebie palec, gdy otworzyła usta, żeby coś wtrącić — zamknij się, bo naprawdę nie chcę teraz o tym gadać. Powiem ci później. Lepiej ty się wyspowiadaj. Jak z Sasuke?
Westchnęła głośno i niedbale wzruszyła ramionami. Przez chwilę miałam wyrzuty sumienia, że pozbyłam się pana-mrocznego, bo być może było to jedno z ich nielicznych wyjść, ale z drugiej strony… No kurczę, miała go na co dzień! A mnie unikała, jakbym zrobiła jej jakąś krzywdę.
— Mogłam się tego spodziewać — westchnęła. Zacisnęłam zęby, nie chcąc powiedzieć czegoś niewłaściwego, i znów nalałam alkoholu do naczyń. Dokładnie w takich samych proporcjach.
— Czy to naprawdę takie złe, że chciałam w końcu porozmawiać z przyjaciółką? Sakuro, kiedy my ostatnio byłyśmy chociażby na zwykłym spacerze, bo o piwie już nie wspomnę? — fuknęłam, podnosząc czarkę. — Zdrowie.
Widziałam, jak różowowłosa wzdryga się za każdym razem, kiedy wlewała do gardła alkohol. Nie lubiła tego smaku. Osobiście również wolałam coś lżejszego, ale nie mogłam oprzeć się pokusie — musiałam ją chociaż troszkę upić.
Po czterech toastach, które wychodziły z mojej inicjatywy, Sakura była już wstawiona. Z każdym kolejnym nalewałam sobie mniej sake, żeby zachować jako-taką zdolność do utrzymania się na nogach, ale jednocześnie nie chciałam, żeby pani Uchiha zorientowała się i pokrzyżowała moje misterne plany. Musiałam więc z nią pić, nawet w niewielkich ilościach. I robić to na tyle sprytnie, żeby niczego nie podejrzewała.
Matko, byłam w tym mistrzynią!
Głowa Sakury zaczęła chybotać się na boki. Uśmiechnęłam się z wyższością, mimo, że moja robiła dokładnie to samo. Ja jednak wydoiłam o wiele więcej niż ona, a mimo wszystko byłyśmy w bardzo podobnych stanach. Naprawdę musiałam to wykorzystać.
— To już będzie ostatnia kolejka — zauważyłam, nalewając jej alkoholu do czarki. Skrzywiła się i oparła brodą o dłoń, nieco chwiejnie. Nie chciała tego pić. Ale jednocześnie wiedziałam, że jej również brakuje mojego towarzystwa. Mimo wszystko łączyła nas wyjątkowa więź, którą ostatnio zaniedbałyśmy. W każdej z nas nadal czaiła się mała dziewczynka, pragnąca zabawy, nowych doznań, czegoś szalonego. Sakura miała stonowane życie u boku przystojniaka Uchihy, ja czułam się jak kura domowa, bo Sai co chwila dostawał misje. W gruncie rzeczy obie byłyśmy szczęśliwe z naszymi mężczyznami, ale i cholernie samotne. Sasuke nie rozpieszczał żony. Nie rozmawiał z nią. Rzadko się kochali, bo… Bo tak. Sakura nie umiała tego wyjaśnić. A ja? Czułam się w jakiś sposób zepchnięta na bok, bo zaangażowałam się w związek z Saiem, a ten, mając pewność, że go nie zostawię, brał coraz więcej misji, aż w końcu całkiem się w nich zatracił. Brakowało nam czułości. Brakowało nam szaleństwa. Brakowało nam głupich wyjść na piwo. I choć byłyśmy w diametralnie różnych sytuacjach — Sasuke od zawszy był zimnym skurwysynem, a Sai czułym mężczyzną kochającym mnie nad życie — to ostatecznie i tak nie byłyśmy do końca szczęśliwe w naszych związkach. A zawsze lepiej cierpieć razem, niż osobno, co nie?
Dlatego też, jak tylko tokkuri było puste, uznałam, że nadszedł czas na naszą walkę. Znajdowałyśmy się w podobnych stanach; obie nie do końca trzeźwe, ale też nie schlane w cztery dupy. Mogłyśmy chodzić, myśleć — z opóźnieniem, ale w dalszym ciągu myśleć — i bić się. A takiej ekscytacji potrzebowałyśmy.
— Chodź — rozkazałam, ciągnąc ją za sobą za rękę. Sakura z początku stawiała opór, ale szybko uznała, że to nie ma większego sensu. Wyciągnęłam ją z pubu i obie nabrałyśmy do płuc sporej dawki powietrza, wreszcie uciekając z zadymionego fajkami miejsca. Przyjemnie połaskotało mnie w gardle, przez co odruchowo zakaszlałam i zauważyłam, że pani Uchiha zrobiła to samo. No kurczę, w końcu przyjaciółki, nie?
— Dokąd idziemy? — spytała bełkotliwie, ledwo nadążając za moim tempem. Trzymałam ją za rękę, żebyśmy się przypadkiem nie rozdzieliły, i dzielnie parłam przed siebie. Przepełniało mnie niesamowite szczęście. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu i tej rozdzierającej radości. Chciałam skakać, biec, latać. A to tylko przez wizję czekającej nas walki. — Zwariowałaś — skwitowała, widząc mój wyraz twarzy. — Ty jesteś naprawdę pijana.
— Oj zamknij się — prychnęłam, kierując nas na polanę treningową. — Zaraz też będziesz taka szczęśliwa.
— Czyżby? — spytała z przekąsem. — Byłabym szczęśliwa, gdybym wróciła do swojego męża i mogła kochać się z nim całą noc. Nic innego mnie nie uszczęśliwi.
— Nawet się nie łudź — zaśmiałam się, znów zmieniając kierunek naszego szybkiego marszu. Weszłyśmy właśnie na jedną z polan, która prowadziła do wybranego przeze mnie miejsca ostatecznego pojedynku. — Sasuke to góra lodowa, chyba nie oczekiwałaś, że coś się zmieni?
Poczułam mocne szarpnięcie i już wiedziałam, że Sakura przyjmie moje wyzwanie.
— O co ci chodzi? — warknęła, rozwścieczona zapewne przez alkohol. — To, że on nie jest taki jak Sai, nie oznacza, że jest złym mężem! — syknęła, zaciskając dłonie w piąstki.
— Spoko, tego nie powiedziałam. Uspokój się. — Uniosłam ręce w pokojowym geście. Dziewczyna odwróciła wzrok i dopiero teraz zorientowała się, gdzie jesteśmy.
— Co my tu robimy? — spytała cicho, jakby bojąc się odpowiedzi.
Zaśmiałam się nadzwyczaj melodyjnie. Sama zdziwiłam się, że mój chichot może brzmieć tak ładnie, ale ostatecznie nie zwróciłam na to większej uwagi. Wolałam skupić się na rywalce.
— Jak to co? Będziemy walczyć! — krzyknęłam i rozłożyłam szeroko ramiona.
— Ciebie naprawdę pogrzało — stwierdziła, krzyżując ręce na piersi. Zaraz jednak opuściła je wzdłuż ciała, bo niebezpiecznie się zachwiała. — Nie mam zamiaru z tobą walczyć.
— A to dlaczego? — spytałam, wiedząc, że i tak ją przekonam. Miałam na to jeden, idealny sposób.
— Bo to głupi pomysł — fuknęła. — Wyjątkowo głupi.
— Boisz się? — Uniosłam brwi, patrząc na nią wyzywająco. Sakura pokręciła jedynie głową.
— Nie, ale…
— Więc z czym masz problem, panno-wielkie-czoło? — Dziewczyna zadrżała ze wściekłości. Nienawidziła tego określenia a ja doskonale wiedziałam, że po nim przestanie nad sobą panować. — No słucham?
— Nie nazywaj mnie tak — syknęła, powoli podchodząc w moją stronę. Była zła jak diabli. Gromadziła chakrę w dłoniach; jej piąstki niebezpiecznie się trzęsły i zdawałam sobie sprawę, że powinnam się ewakuować, nim będzie za późno. — Ty tłusta świnio!
Sakura z impetem uderzyła w ziemię. Odskoczyłam stamtąd z prędkością światła, obserwując jednocześnie, jak polana rozdziela się na dwie części, między którymi pojawiła się ogromna wyrwa. Gdybym tam była, już dawno przestałabym oddychać.
Eks-Haruno ryknęła wściekle i nim zdążyłam swobodnie upaść na trawę, ruszyła w moim kierunku. W mgnieniu oka wyczuliłam zmysły i zaczęłam unikać jej ataków. Kroiła swoimi pięściami powietrze, które wpędzone w ruch, zostawiało niewielkie cięcia na moich rękach i policzkach. W końcu udało jej się mnie trafić w ramię; odleciałam parę metrów, czując jednocześnie najgorszy w swoim życiu ból. Miałam wrażenie, że moja ręka została rozerwana na strzępy i szczerze bałam się popatrzeć w jej stronę, bo nie miałam żadnej pewności, czy jeszcze ją mam.
— Niech cię szlag — zaklęłam, obserwując przyjaciółkę. Pierwszy atak furii minął, mogłam odetchnąć.
Zerknęłam na ramię. Było całe we krwi, ale szybko je podleczyłam. Na szczęście, nie złamała mi kości, a jedynie dość konkretnie poszarpała. Mimo to mogłam nim poruszać, co gwarantowało mi możliwość kontynuowania walki.
— Cholera — syknęłam, podnosząc się za pomocą drzewa, które zakończyło mój lot. — Cholera!
Wróciłam spojrzeniem do Sakury, ale tej już przede mną nie było. Mrużąc oczy, rozejrzałam się wokół, jednak ciemność nie pozwoliła mi na znalezienie celu. Przyłożyłam więc dwa palce do ust i przymknęłam powieki.
— Szlag by to! — ryknęłam, w ostatniej chwili unikając uderzenia dziewczyny. Pojawiła się tuż nade mną i włożyła w atak całą swoją siłę, kolejny raz demolując polanę. Z trudem odskoczyłam na bezpieczną odległość, nie mogąc uwierzyć, że panna-wielkie-czoło może mieć w sobie tyle mocy. To było niewiarygodne!
Szybko złożyłam odpowiednie znaki i wykorzystałam moment, w którym Sakura dochodziła do siebie po uderzeniu. Nasłałam na nią technikę swojego klanu, modląc się, żeby nie zdążyła odskoczyć zanim w nią uderzę. Zdawałam sobie sprawę z przebiegłości przyjaciółki, ale po cichu liczyłam, że alkohol ją przyćmi. I tak też się stało.
Dziewczyna rozwarła szeroko powieki i popatrzyła na mnie z niedowierzaniem. Uśmiechnęłam się triumfalnie, wreszcie mogąc swobodnie do niej podejść, bez obaw, że zmiecie mnie z powierzchni ziemi kiwnięciem palca. Shinranshin no Jutsu zadziałało tak, jak tego oczekiwałam.
— Ino! — warknęła ostrzegawczo, gdy zatrzymałam się jakieś trzy metry od jej unieruchomionego ciała. — Puszczaj!
— Ani mi się myśli — prychnęłam. — Spójrz, co zrobiłaś z moim ramieniem — dodałam, pokazując jej swoją na wpół zagojoną rękę. — Czas odpłacić się pięknym za nadobne.
Zachichotałam cicho i siłą swojego umysłu sprawiłam, że Sakura sama siebie spoliczkowała. Posłała mi tak wściekłe spojrzenie, że gdyby tylko mogła zabijać wzrokiem, już dawno byłabym martwa. Ale nie mogła. A ja za to ryknęłam śmiechem, widząc jej oburzoną minę.
— Ino, do kurwy nędzy! — jęknęła tuż po tym, gdy znów sobie przywaliła. — Pożałujesz tego, przysięgam, pożałujesz!
— Naślesz na mnie swojego mężulka? — zakpiłam, podchodząc w jej kierunku. Zatrzymałam się tuż przed nią, mając stuprocentową pewność, że mi się nie wymsknie. Prychnęłam prosto w tę jej słodziutką buźkę i pogłaskałam po policzku. — Nie rusza mnie to, Uchiha.
— To zacznie! — ryknęła. — Zacznie kurwa, zacznie! Jak potraktuje cię swoim sharinganem, to zacznie!
Zaśmiałam się melodyjnie i dałam jej kuksańca w bok, po czym obeszłam ją dookoła, wkurzając tym jeszcze bardziej, bo nie mogła się obrócić. Straciła kontrolę. Tym razem to ja byłam górą.
— Mogłabym cię teraz bezproblemowo zabić — prychnęłam. — Nie sądziłam, że alkohol działa na ciebie tak niekorzystnie.
— Chyba na ciebie.
Zdołałam raptem zerknąć w bok, a już po chwili poczułam mocne uderzenie na swoim policzku. Poleciałam do tyłu, w duchu dziękując, że Sakura nie użyła do tego chakry, oszczędzając mi tym samym szczękę. Gdy tylko upadłam, zaczęłam zastanawiać się, jakim cudem uciekła z mojej techniki, skoro nawet nie czułam oporu z jej strony, ale nie dała mi na to czasu. Usiadła na mnie okrakiem i znów wyprowadziła cios.
Nim dotarło do mnie, co się stało, usłyszałam szczery śmiech przyjaciółki. Chwilę zajęło mi ogarnięcie sytuacji, jednak zauważywszy, że rży jak koń, mocno się zirytowałam. Niby co było w tym śmiesznego?!
— Ale masz minę! — ryknęła, zsuwając się ze mnie. Złapała się za brzuch i chichotała idiotycznie, doprowadzając mnie tym do szewskiej pasji. Wykorzystałam chwilę jej nieuwagi i rzuciłam się na nią z pięściami. Poleciała do tyłu pod wpływem mojego ciosu i odruchowo złapała się za nos, który był moim celem. Popatrzyła na mnie z wyrzutem, później na pokrwawione palce i znów na mnie.
— Ty głupia pizdo — syknęła. — Będę cała spuchnięta. Jak wytłumaczę to Sasuke?
— Lepiej zastanów się, jak wytłumaczysz to innym — zauważyłam, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu. — Jeszcze pomyślą, że to on cię tak skatował.
Sakura parsknęła pod nosem, ocierając krew ramieniem. Udawała złą, ale jej usta i tak ostatecznie powędrowały ku górze.
— Wiedzą, że nie byłby w stanie — mruknęła, podnosząc się.
— Och czyżby? — zironizowałam, podchodząc do niej. — To Sasuke Uchiha, chuj-bez-uczuć, skurwysyn-bez-serca, już nie pamiętasz? — przypomniałam jej przezwiska, jakie mu kiedyś nadałyśmy, będąc w podobnym stanie, co obecnie, i znów zaniosłam się śmiechem.
— Nie pamiętam — ofukała mnie przyjaciółka. — Ja bym go w życiu tak nie nazwała.
— Och proszę cię, ty podła, kłamliwa szujo — jęknęłam, zarzucając jej rękę na ramiona. — Sama wymyśliłaś pierwsze.
— Nieprawda! — zaprzeczyła szybko, odpychając mnie. — Nie wymyślaj.
— Nie wymyślam — brnęłam w to dalej, doskonale wiedząc, jak bardzo wstydzi się tych przezwisk. Sama miałam świadomość, że gdyby Sasuke się o nich dowiedział, sprał by mnie na kwaśne jabłko, ale póki byłyśmy tutaj same, a Sakura kompletnie pijana, nie miałam o co się martwić. — To przecież prawda.
— Oj zamknij się! — Dziewczyna zamachnęła się; zblokowałam cios i natychmiastowo wyprowadziłam kontratak. Przyjaciółka kucnęła, zatoczyła się do tyłu i straciła równowagę. — Cholera. Specjalnie mnie spiłaś, żeby wygrać! — krzyknęła, celując we mnie palcem.
— Raczej, żebyśmy miały równe szanse — prychnęłam. — Gdybym wyzwała cię na poje…
— Nieprawda! — przerwała mi, gwałtownie się podnosząc. W jej oczach pojawił się szczery gniew i choć nigdy nie przyznałam się, jak bardzo mnie ten widok przerażał, moje nogi automatycznie zmiękły. — Schlałaś mnie bo bałaś się, że wygram!
Spoliczkowałam ją. Przybrała tak zdumiony wyraz twarzy, że na moment zrobiło mi się głupio, dopóki sama nie oberwałam z liścia.
— Co u licha?
Uderzyłam ją kolejny raz, a ta odpłaciła mi się tym samym.
— To za to wielkie czoło! — warknęła, tłumiąc łzy. — Zawsze śmiałaś się ze mnie, że mam wielkie czoło!
— A ty, że jestem tłustą świnią! — syknęłam, kolejny raz ją policzkując. — Myślisz, że to nie bolało?
— I dobrze! — pisnęła, tupiąc nogą jak mała dziewczynka. — Nie masz pojęcia co ja przeżywałam, gdy nazywałaś mnie panną-wielkie-czoło! Nie masz zielonego pojęcia!
— A ja, gdy łaziłaś za Uchihą i nawijałaś w kółko Sasuke-kun, Sasuke-kun. Srasuke! — wydarłam się. — Weź go sobie! Nie potrzebuję takiego gbura!
— I wezmę! — krzyknęła jeszcze głośniej. — Już mi go nie odbierzesz, rozumiesz? On jest mój i tylko mój! Nie twój, mój!
— Uspokój się, wariatko — warknęłam, zatykając jej usta dłonią. — No już. Zamknij się. Jasne?
Sakura odtrąciła moją dłoń i burknęła coś pod nosem, jednocześnie wystawiając mi język. Zachichotałam cicho i pokręciłam ze zrezygnowaniem głową. Już dawno się tak głupio nie kłóciłyśmy.
— Chodźmy się napić — fuknęła po chwili, łapiąc mnie za rękę. — Potrzebuję alkoholu.
Nie wróciłyśmy do baru. Poszłyśmy do sklepu, próbując zachowywać się jak trzeźwe osoby, ale ludzie najprawdopodobniej i tak odkryli nasz mały sekret, bo patrzyli na nas z niemałą niechęcią. Zignorowałyśmy to, kupiłyśmy flaszkę i wróciłyśmy na polanę. Usiadłyśmy na jednym z wielkich odłamów ziemi, którą Sakura rozdzieliła swoją pięścią i otworzyłyśmy naszą zdobycz.
— Cokolwiek by się nie działo, i tak będziemy przyjaciółkami, co nie? — spytała, pociągając solidnego łyka sake. Skrzywiła się i podała mi butelkę.
— Ta — mruknęłam.
Zastanawiałam się, czy to był odpowiedni moment, żeby poinformować ją o swojej decyzji. Zasługiwała, by dowiedzieć się o tym jako pierwsza, niemniej czułam strach przed jej gniewem. Byłam pewna na sto procent, że się zezłości. Nie tylko dlatego, że Konoha straci dobrego shinobi, ale również szpital zubożeje o medyka, a to Sakurę irytowało najbardziej — gdy ktoś odchodził. Ugryzłam się w język, czekając, aż jeszcze trochę wypijemy.
— To była krótka, ale dobra walka — zauważyła bełkotliwie. — Kiedyś musimy zawalczyć na poważnie — dodała, wskazując na mnie szyjką butelki, którą ode mnie przejęła. — Na trzeźwo.
— Ta — przytaknęłam znów i schowałam twarz w dłoniach.
— Ino? Właściwie to co się stało? Czemu siedziałaś tam w barze, sama? — spytała nagle. Próbowała udawać szczerze zainteresowaną, ale zapewne jej myśli goniły jak najęte wokół tysiąca innych tematów.
— Nic — mruknęłam. — Chciałam pomyśleć.
— Nie mogłaś w domu?
— Mogłam — odparłam i wyłożyłam się na skrawku trawy. — Ale nie chciałam.
— Wiesz, że możesz mi o wszystkim powiedzieć?
Popatrzyłam na nią przeciągle, aż w końcu głośno westchnęłam. Okej, należało jej się. Po tym wszystkim, co razem przeszłyśmy, powinna dowiedzieć się o tym od razu.
— Rezygnuję z bycia shinobi — wypaliłam na jednym tchu, wbijając wzrok w gwiazdy. Sakura zamarła z, praktycznie pustą już, butelką w ręce i świdrowała mnie spojrzeniem na wskroś. Nie czułam się przy tym zbyt komfortowo, ale musiałam to znieść. W końcu sama podjęłam tę decyzję.
— A to dlaczego? — spytała i głośno czknęła. Przyłożyła palce do ust i głupio zachichotała, ale zaraz na jej twarzy pojawiła się powaga.
— Po prostu… Nie chcę już być shinobi. Nie potrzebuję misji, walk, technik. Pragnę spokojnego życia u boku wspaniałego mężczyzny, a nie ciągłych pojedynków, które zagrażają mojemu życiu…
— Pierdolisz — stwierdziła, wychylając sake do końca.
— Nieprawda — warknęłam. — Podjęłam już decyzję.
Podniosłam się gwałtownie, mając świadomość, że Sakura nie zrobi tego tak szybko. Przeskoczyłam nad dziurami, powstałymi po uderzeniach przyjaciółki i dumnym krokiem zaczęłam kierować się do centrum wioski. Nie lubiłam, gdy ktoś podważał moje zdanie, zwłaszcza w tak bezczelny sposób.
— Ino! — jęknęła, nie mogąc mnie dogonić. Była zbyt pijana, żeby bez żadnego problemu do mnie dołączyć. — Zaczekaj na mnie, ty łajzo!
— Sama jesteś łajzą! — odwarknęłam. — Nie rozumiesz, że to poważna decyzja? Nie masz pojęcia, ile o tym myślałam, więc uszanuj to, dobrze?
— Jesteś za dobra, by odchodzić. Udowodniłaś to przed chwilą — fuknęła, butelką wskazując na polanę. — Naprawdę dobrze to przemyślałaś? Może uderzyłaś się w główkę i coś ci się poprzestawiało? Może jak uderzę cię drugi raz, to…
— No tylko spróbuj — syknęłam, łapiąc ją za rękę, którą przymierzała się do ataku. Wciąż trzymała w niej szkło. — Uważaj z tym.
— Tsunade nie będzie zachwycona — burknęła, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
— Trudno — prychnęłam. — Będzie musiała się z tym pogodzić.
Sakura zacisnęła usta w cienką linię i zadrżała z nerwów. Odsunęłam się od niej na dwa kroki, z obawy, że zaraz mnie zabije.
— Przysięgam, że jak tego dobrze nie przemyślisz, rozbiję ci tę butelkę na głowie — zagroziła mi, wymachując ostrzegawczo szkłem. — I będę robić to każdego dnia, dopóty, dopóki nie zmienisz zdania, Ino Yamanaka!
— Możesz mi naskoczyć — zakpiłam, odwracając się do niej tyłem i kontynuując moją wędrówkę do domu. Zachowałam jednak czujność; Sakura z warknięciem zrezygnowania podbiegła do mnie i się zamachnęła; zablokowałam jej cios, przejęłam butelkę i odruchowo spełniłam jej groźbę, tyle tylko, że swoją głowę oszczędziłam. Popatrzyła na mnie zdezorientowana i dosłownie wpadła mi w ramiona. Ułożyłam ją na trawie i szybko przebadałam czaszkę, czy aby nie zrobiłam jej większej krzywdy, ale Sakura miała łeb ze stali.
— Naprawdę rozbiłaś mi na głowie butelkę? — wybełkotała. Skinęłam niepewnie głową, powstrzymując nieproszone łzy. Chciało mi się śmiać i płakać. Dziwny nastrój. — Ty łajzo.
— Też cię kocham — odparłam i położyłam się obok niej.
— A ja cię nienawidzę — wysapała. — Nienawidzę.
— Nienawidź — zachichotałam.
— Nie rezygnuj…
— Przykro mi, Sakura. Podjęłam już decyzję i zdania nie zmienię.
Dziewczyna chwilę leżała w zupełnej ciszy i dopiero po chwili usłyszałam, że jej oddech zrobił się nadzwyczaj miarowy. Zerknęłam ku niej; miała zamknięte oczy i lekko rozchylone usta. Zasnęła czy zemdlała?
Dźgnęłam ją palcem w żebra. Podskoczyła jak oparzona i szybko rozmasowała bolące miejsce. Zaśmiałam się z jej reakcji, podniosłam z ziemi i wyciągnęłam do niej rękę.
— Zasnęłam? — spytała zdziwiona. Skinęłam jedynie głową. — Jestem beznadziejną przyjaciółką.
— Jesteś — potwierdziłam. — A teraz chodź, muszę odstawić cię do domu.
Panna-wielkie-czoło niechętnie się podniosła i bez żadnego sprzeciwu, pozwoliła prowadzić do rezydencji Uchiha.
No, to jedna z głowy.
Teraz jeszcze musiałam powiedzieć o swojej decyzji reszcie wioski, a to w gruncie rzeczy mogło być trudniejsze, niż uspokojenie eks-Haruno. Przecież nie rozbiję każdemu butelki na głowie, co nie?